- Czy uważasz, że są jeszcze dobrzy ludzie na świecie?
- Tak.
- Wielu?
- Kilku, może kilkunastu.
- Jacy oni są?
- Dobrzy. I nie są to Ci, którzy myślą, że są źli.
- Jakieś wypośrodkowanie?
- Nie wiem.
- Co wiesz?
- Że czasami potrzeba ich pomocy.
- Wierzysz, że Ci pomogą?
- Tak.
- Więc pomogą Ci.
- Nie.
- Opowiedz mi swoją historię.
- Nie czuję się zobowiązany.
- Więc… czy Ty jesteś dobrym człowiekiem?
- Zaczynam nim być.
- Może jednak skusisz się na opowiedzenie mi tego co było Ci dane zobaczyć?
- Hm. Widziałem kiedyś dobrych ludzi dookoła siebie. Wiem na czym polega prawdziwe ich dostrzeganie. Nareszcie wiem kim oni są i czemu służą.
- Czy wiesz kiedy całkiem staniesz się jednym z nich?
- Wiem. Wtedy, kiedy przestanę się nimi przejmować stwarzając jakiś własny wyznacznik tego, czego chcę. Ja i moja druga połowa.
- Dobro tkwi w dwojgu ludzi?
- Na pewno nie w jednym.
- Dlaczego więc mówisz, że jest ich tylko kilku? Kilka takich złożeń – par. Nie uważasz, że mógłby to być cały system? Może każda współdziałająca rodzina.
- Uważam, że prawie.
- W jakim stopniu?
- Mniej więcej w takim, w jakim ja teraz jestem.
- Wnioskuje z tego, że tym dobrym człowiekiem się już nie staniesz.
- Wszystko jest ulotne i każdy ma tylko swój krótki moment. Jedną decyzję. Może być dobry tylko wtedy, kiedy nie zrezygnuje ze swojego człowieczeństwa. Mało jest jednak ludzi z prawdziwego zdarzenia. Większość to niespełnione marzenia kreujące swoje maleńkie odbicia. Każdy jest inny tylko nie jest w stanie w to uwierzyć. Wierzę, że jest gdzieś wyspa tak malutka, że jest na niej w stanie żyć para dobrych ludzi. Ludzi, którzy uczestnicząc w mojej roli znaliby moją rację.
- Jakim typem Ty będziesz?
- Przypuszczam, że ten świat mnie zmieni. Chciałbym jednak być taki, jak ci samotnicy na wyspie. Chciałbym wysłać na taką wyspę moje dzieci i co więcej chciałbym, żeby z przyjemnością odwiedzały mnie w moich progach.
- Wielkie idee?
- Być może.
- Jesteś nieszczęśliwym człowiekiem, prawda?
- Nie mam podstaw, aby tak myśleć. Nie mam podstaw by nim być. Mam to co najważniejsze i przezwyciężam to, co staje mi na drodze. Co ważne nie robię tego sam i nie robię tego dla siebie. Czuje się potrzebny i potrzebuję. Przeszkody na które się napotykamy utwierdzają nas w przekonaniu naszej wielkiej wartości. Każą nam kreować siebie na takich, jakimi chcemy być. Nie na takich, jakimi będą nasze dzieci i nie takich jak ci, od których pochodzimy. Choć fizycznie borykam się z trudnościami i wytężam umysł, aby je pokonywać, to jednak duchem jestem spokojny. A spokój to szczęście.
- Jesteś wielki.
- Na razie jestem człowiekiem.
- A ja?
- Na dobrej drodze. Ale mnie nie słuchaj.
- Dlaczego?
- Złe pytanie.
- …
- Wiesz co masz robić, też jesteś człowiekiem. Idź przed siebie, przedrzyj się przez warstwę wszelakich zależności. Za dużo mówię. Przepraszam. Jesteś wolny.
- Nieważne… To znaczy ważne, ale udam, że to ja do tego doszedłem. Mam tylko jedną prośbę. Przedstaw mi swój portret.
- Przecież widzisz.
- Wewnętrzny.
- Ten również.
- Rozumiem. A Twa historia?
- To za duża odpowiedzialność. Może jak już zakończysz obecne życie.
- Jednak zaryzykuję. Jestem sam.
- Tak zupełnie?
- Niezupełnie. Jestem przy tych, którzy sugerują… kierują. Przy tych niby złych.
- Przy tych, którzy mają drugie życie – ja tak ich nazywam – rozumiem.
- Poprawiłeś mnie?
- Nie – dla zgodności terminologii.
- Jest jakaś różnica?
- Być może też coś sugeruję, ale czysto, to znaczy bez odwołań do poprzedniego życia. Może tylko się wywyższam.
- Tak, ci od drugiego tylko i wyłącznie się poniżają.
- Też tak uważam – myślę, że to mogę powiedzieć.
- Zatem?
- Na początku nie było nic. A może coś nawet było, ale nie było to na tyle istotne, aby w czymkolwiek przeszkadzać. Było zupełnie nijako. Żyli sobie wszyscy samotnie i czasami na siebie nastawali. Później ten jedyny moment przełomowy – niby akceptacja. Było w porządku. Oczywiście do czasu. Mówi się, że jak przyjdzie co do czego, to wyjdzie szydło z worka. Tak też było i w tym przypadku. Ale nie, nie tak zupełnie. Jakby wszyscy się po prostu odwrócili byłoby dobrze. Oni zaczęli szkodzić. Nastawać nie na siebie, ale na nas. Cel? Nie mieli żadnego celu. Działali bez niego i czuli się motywowani złudną nadzieją napędzania nowego życia. Czasami myślisz sobie, że możesz sam o wszystkim decydować. I rzeczywiście kiedy jeszcze z nimi trzymasz rzeczywiście tak to odbierasz. Pozwalają tak to odbierać. Inni działają jeszcze inaczej. Manipulują otwarcie, a my się im przeciwstawiamy. Ostatecznie wychodzi na to, że i tak się im poddaliśmy. Może to strach, może coś jeszcze innego. Do teraz nie wiem jakie to ma podłoże. Może byś mi pomógł przeanalizować następującą sytuację. Po pierwsze nikt nikogo nie odetnie – pozwoli mu żyć i utrzymywać się. Dodatkowo są tacy, którzy mogą pomóc. Więc istnieje pewne zaplecze. Po co więc tkwimy w tej bezwładności.
- Miłość?
- Miłość jest. Ale podąża ona za tym uniezależnieniem.
- Przyzwyczajenie?
- Do tego, co nielubiane?
- Czasami to chyba możliwe.
- Niestety.
- Może więc strach przed buntem?
- Jeśli mowa o takim buncie na całe życie to chyba masz rację. Pod tym względem jesteśmy od nich lepsi, co ich by to wcale nie obchodziło.
- Może wreszcie wszystko to zrozumiałem.
- Może warto spojrzeć na to ze wszystkich stron.
Dzisiaj postanowiłem otworzyć szufladę i wyjąć z niej dawną twórczość. Te teksty (wybiórczo:) ) będę publikował w kategorii “z szuflady”.
Oto pierwszy z nich:
Oddalony jest ten świat, oddalony jest mój bóg. Ja w oddalonym pokoju całkiem sam, obok me myśli w niczyim towarzystwie. Siedzimy tak oboje całkiem sami – ja i me myśli – one myślą ja rozważam. W pustym, zamkniętym pokoju, wśród ponurych ścian, które jeszcze kiedyś miały kolor. Uleciał on wraz z czasem i niekiedy tylko powraca z nikłym promieniem słońca z rzadka mnie rozweselającym.