Z każdego wyjazdu przywozi się wspomnienia - dobre ale czasami też te złe. Niestety te drugie pamiętamy często lepiej niż pierwsze.
Tak też było z moim ostatnim wyjazdem do Słowacji.
Już pierwszego dnia postanowiliśmy sporządzać z żoną listę “nigdy więcej…”. Nie pierwszy raz zapuściliśmy się w słowację i nie pierwszy raz zawiedliśmy się na Słowakach (nie na samej Słowacji). Później było zastanawianie się: “tym razem może będzie fajniej”. Nie było. Powstaje więc lista a na niej pierwsza pozycja: nigdy więcej nie jedziemy do Słowacji (choćby nie wiem co).
Co nas tak rozzłościło?
Słowackie podejście do problemu (dosłownie) klientów/wczasowiczów. Pani kelnerka podczas kolacji położyła nam na stole karteczkę (położyła to delikatne słowo, w języku polskim jest określenie na ten sposób “kładzenia” zaczynające się również na literkę “p” ale zdecydowanie bardziej “wyraziste”). Bez słowa wytłumaczenia odeszła by po chwili wrócić i powtórzyć tą czynność z użyciem długopisu. Karteczka służyła jak wydedukowaliśmy do zadeklarowania potrawy kolacyjnej na dzień następny… Później ta sama pani przyniosła napoje i kazała za nie zapłacić (akurat, powiem nieładnie, miałem widelec w gębie) - oczywiście owe napoje były przez nas z góry opłacone. Pani jednak nie uwierzyła i zdeklarowała się, że pójdzie to sprawdzić do recepcji. Po wyjaśnieniu sprawy wstyd jej było do nas podejść, więc nasłała kolegę kelnera. Ten mało powiedzieć, że był pijany - był totalnie “naprany”.
Dalszy pobyt zatarł złe zachowania Słowaków - kraj mają naprawdę piękny. Ich podejście do klienta pozostaje jednak dla mnie zagadką i wolę ich unikać. W Polsce ktoś taki zostałby okrzyknięty chamem.

Okazuje się, że nie tylko w Słowacji ostały się relikty bloku wschodniego. Po powrocie do kraju wykonać musieliśmy czynność straszną. Zakupy.
Wybraliśmy się do innego sklepu niż zwykle bo przypuszczaliśmy, że w weekend będzie on mniej oblegany. Był. Teraz już wiemy dlaczego.
Zakupy poszły szybko i sprawnie. Pora to wszystko skasować. Pierwszy problem - pani kasjerka przez swoją nieostrożność wywaliła na ziemię jogurt, który wybrało sobie dziecko - histeria. Pani brak reakcji - wina oczywiście klienta. Problem numer dwa - żelki dla dziecka nie mają kodu kreskowego. Po krótkim dochodzeniu pani kasjerka obwieszcza nam: “to wina klienta, że nie ma tego kodu, trzeba sprawdzać każdą rzeczy czy na pewno posiada kod”. Odpowiadam jej, że to z pewnością nasza wina i że powinniśmy jeszcze sprawdzać wszystkie towary w czytniku cen i może sortować im towar na ten dobry i ten przeterminowany. Ona z krzykiem, że to nie jej wina tylko klienta. Ja, że pani chyba pomyliła epoki - generalnie kłótnia. Później problem z rozdzieleniem rachunku na dwie karty płatnicze - według kasjerki niemożliwe. Wywołała ogólne rozbawienie wśród uczestników kolejki do kasy, w tym pani z banku w pasażu. Pani kasjerka okazała się po prostu niewyedukowaną do pełnienia swoich obowiązków niemiłą postacią hołdującą czasom, kiedy to klient był nikim a sprzedawca Panem. Osobą, która powinna wylecieć z tego stanowiska w trybie natychmiastowym.
Miałem spisać nazwisko. Miałem złożyć skargę do przełożonego. Zrobiłem to po Polsku - wróciłem do domu zostawiając zaistniałą sytuację w głębokim poważaniu. Na zachodzie zachowanie takiej pani nie uszłoby jej na sucho. Jeżeli w ogóle ktoś by się tak tam zachował.

Jednym słowem Polacy i Słowacy w jednym stoją domu. Mamy przynajmniej kolejną rzecz na naszą listę. Nigdy więcej nie pojedziemy na zakupy do Reala w Dąbrowie Górniczej lub do jakiegokolwiek marketu o podejrzanie małej klienteli.

Na osłodę kilka miłych zdjęć ze Słowacji.
Naukowcy przeprowadzili badania na grupie 7500 osób korzystającej z komputerów Macintosh firmy Apple. Wyniki okazały się bardzo ciekawe.
Otóż użytkownicy Mac’ów wykazują bardziej liberalne skłonności, są mniej skromni i gotowi szukać nowych rozwiązań, wierząc, że ich intelekt i wyobrażenia przyczynią się do poprawy jakości ich życia. Osoby te silniej przeżywają radość i smutek oraz są bardziej wylewne w okazywaniu swoich uczuć.
